Nie potrafiła kłamać, wiec wymyśliła sobie, ze łatwiej jest nie mówić całej prawdy, bo można ja skrócić, odjąć jakieś fakty i to wciąż będzie prawda (ale taka trochę uproszczona, no takie pół-prawdy).
Od dziecka uczą nas, że kłamstwo jest złe, że nie wypada kłamać, a wręcz nie wolno. A przecież jako dzieci czasem musimy skłamać, by się uratować. By przetrwać. Czasem dzieci mówią nieprawdę, nawet nie rozumiejąc jeszcze, czym jest kłamstwo. Po prostu coś powiedzą – i to ich ratuje w trudnej sytuacji.
Nawet jeśli w domu nie usłyszą surowych zasad o tym, że kłamać nie wolno, to zetkną się z tym w szkole, na lekcjach religii, gdzie zostaną postraszone grzechem, spowiedzią i surową karą. I wtedy zaczyna się lęk.
Miała około siedmiu lat, gdy tata powiedział jej, że jest z niej dumny, bo nigdy nie kłamie. Podziwiał ją za to. A ona – córeczka tatusia – pomyślała: Nie mogę nigdy skłamać. Tata kocha mnie tylko szczerą, wiarygodną, mówiącą prawdę. Była z siebie taka dumna.
A jednak… tata od czasu do czasu kłamał. Robiła to mama. Robił to dentysta, który trzymał szczypce za plecami i mówił, że nie ma się czego bać – czekając tylko, aż otworzy usta, by wyrwać jej mlecznego zęba. Kłamała pielęgniarka, dając jej zastrzyk i zapewniając, że „nie będzie bolało.” Kłamali dziadkowie, mówiąc, że czują się dobrze, choć chwilę później trafiali do szpitala. Wszystko te kłamstwa były w dobrej wierze, żeby nie martwic innych, żeby się nie przejmowali.
Przez lata nosiła w sobie to podwójne odczucie. Męczyła się, zastanawiając się, kto tak naprawdę mówi prawdę. I która prawda jest prawdziwa – ich czy jej? A potem zaczęła się zastanawiać, czy dana historia wydarzyła się naprawdę, czy może to czyjaś wersja była prawdziwa a nie ta, Która pamiętała ona.
Gdy miała dziewięć lat, mama jej koleżanki była w ciąży. Przyjaźniły się. Koleżanka rozpowiedziała wszystkim, że urodzi się dziewczynka, a nawet podała jej imię. Pewnego dnia powiedziała, że siostra już się urodziła – opowiadała o niej z takimi szczegółami, że wszyscy wierzyli.
Ale gdy pewnego dnia przyszła do koleżanki do domu, zobaczyła, że jej mama wciąż jest w ciąży. To dziwne… przecież podobno poród był kilka dni temu. Koleżanka podbiegła do mamy i próbowała zasłonić jej brzuch. W pokoju nie było łóżeczka, ubranek, pieluch. Zaczęła się zastanawiać: Czy to, co widzę, jest prawdziwe? A może ja coś źle rozumiem?
Tydzień później urodziło się dziecko. Brat. Kłamstwo wyszło na jaw. Zapytana, dlaczego skłamała, koleżanka po prostu milczała – jakby nic się nie stało.
Jako nastolatka widziała, jak jej rówieśnicy bez skrupułów kłamali nauczycielom, rodzicom, kolegom. I uchodziło im to na sucho. Nie komentowała tego. Bo po co? Czasem lepiej przemilczeć. Często nie mówiła nic, by nie sprawić komuś przykrości, nie urazić go swoją prawdą.
Z czasem znalazła rozwiązanie – mówiła półprawdę. Podawała tylko te fakty i opinie, które, jak wierzyła, pasowały odbiorcy. Tak, by nikogo nie urazić. By nikt się na nią nie obraził. Bo jeśli będzie mówić całą prawdę, przestaną ją lubić.
Mało komu mówiła, co tak naprawdę myśli.
Spowiedź w Kościele wydawała jej się zawsze kłamstwem. Po co tam chodzić i mówić, że się poprawisz, skoro wiesz, że wrócisz za chwilę i powiesz to samo? Ale wszyscy wokół grali w tę grę, no to w pewnym momencie trzeba było tez w to grać. Bo taka była „tradycja.” Kościół od zawsze wydawał jej się podejrzany, nigdy nie czuła połączenia.
Dopiero jako dorosła, pracując nad sobą, zobaczyła ten schemat. To było jak odkrycie Ameryki. Najpierw pojawił się żal – ileż rzeczy ją ominęło – imprez, wyjazdów, trzymania za ręce, pocałunków, nocowań u koleżanek…, gdy nie kłamała albo kiedy mówiła półprawdę!
Zrozumiała, że półprawda zostawia pustkę. Że jest nią właściwie półkłamstwo. I że przez lata oszukiwała samą siebie – wierząc, że kłamstwo jest złe i będąc grzeczną córeczką tatusia, która nigdy nie kłamie. I za to półkłamstwo karała sama siebie – nieświadomie, a to ktoś na nią nakrzyczał, to zaczęły ja bolec plecy, to zaczęły ja bolec nogi….. No tych faktów nie łączyła z półprawda/ półkłamstwem.
A przecież kłamstwo wiele razy ratowało ludziom życie. Wystarczy spojrzeć na historię obozów i wojen – zmienione imiona, nazwiska, daty urodzenia, by przetrwać.
To samo robimy jako dzieci, jako dorośli. Czasem kłamiemy, by przetrwać. By wyplątać się z jakiejś sytuacji. By mieć święty spokój.
Pamiętajmy, że kłamstwo może być mechanizmem przetrwania i ratunkiem w pewnych sytuacjach a nie tylko czymś za co mamy się karać.
A Ty? Pamiętasz sytuację, gdy skłamałeś, by uratować siebie? A może znasz jakąś rodzinną historię, w której kłamstwo ocaliło komuś życie?

