Ciągle szukasz rozwiązań, opowiadasz innym, jak bardzo chcesz być zdrowy, jak bardzo pragniesz, aby to „coś” odeszło… Ale czy tak naprawdę, naprawdę tego chcesz? I czy tego chce Twoja podświadomość? Czy głęboko w duszy czujesz, że jesteś zdrowy, że dosłownie jesteś zdrowiem?
Mamy przecież tyle korzyści z chorowania (nie koniecznie świadomych:).I nawet jeśli bardzo szukamy rozwiązań, to samo poszukiwanie już nas ekscytuje. A co się stanie, gdy znajdziemy to rozwiązanie? Na czym wtedy skupimy uwagę? Czego będziemy szukać? Wiadomo, że świadomie każdy chce być zdrowy, ale nasz mózg, ze wszystkimi swoimi programami i naleciałościami, nie szuka tzw dobrych dla nas rozwiązań – On szuka tego, co wcześniej pomogło, w czym już wcześniej „przeżyliśmy” – czasami to nie jest logiczne, a tym bardziej nie jest rozwiązaniem, którego szukamy.
Mamy różne „korzyści” z choroby czy z braku znalezienia rozwiązania i kręcimy się w tzw. błędnym kole, myśląc: „o co chodzi?”. Ciągle wracam do punktu wyjścia, to nie działa, tamto nie działa, innym działa, to czemu mnie nie działa? A jeszcze gorsze jest, gdy nie ma diagnozy – co zrobić, szukać na oślep? Szukanie wtedy przechodzi w obsesję, a ludzie wokół przestają wierzyć, że w ogóle coś nam dolega. Wtedy zaczyna się walka, zarówno z sobą, jak i z nimi, i udowadnianie, że ja jestem chory!
No i takie mogą być korzyści z chorowanie (nie wracania do zdrowia):
1. Zwrócenie uwagi – będąc chorym, mam jej dużo, chcąc nie chcąc. To zajmuje cały mój czas: wizyty u medyków, masażystów, zielarzy (uwielbiam ich wszystkich, to cudowni ludzie, zawsze z dobrymi intencjami). O czym opowiadasz na spotkaniach rodzinnych? O wizytach, badaniach, nowych terapiach, analizach, o tym, co wygooglowałeś – i na pewno to będzie to rozwiązanie! Ciebie to pochłania, wręcz ekscytuje. Znajomi i rodzina słuchają – raz, drugi, trzeci, a potem udają, że słuchają, bo staje się to monotonne, wręcz nudne.
2. Stan ofiary – zaczynasz zmieniać narrację, mówiąc, jak to nikt ciebie nie rozumie, jak nie możesz nic znaleźć, jaki jesteś „biedny”. Szukasz grup, które przechodzą przez to samo (najczęściej w internecie). Stajesz się pełnoprawną ofiarą w grupie ofiar, a cały świat jest przeciwko tobie. Bliscy rzadko z tobą rozmawiają, bo po prostu się nudzą, nie wiedzą co powiedzieć. Wolą współczuć z daleka
3. Znalezienie swojego stada – znajdujesz nowych przyjaciół z tymi samymi problemami i już nie jesteś samotny w tej niedoli. Gadacie o tych samych rzeczach, ekscytujecie się najnowszymi badaniami w jakiejś zdrowotnej dziedzinie. A gdy możesz się wygadać lekarzowi i on zwraca na ciebie uwagę… hm, ale masz publikę, świadomą – no i potem możesz o tym opowiedzieć na spotkaniach rodzinnych – punkt 1 
4. Uciekanie przed decyzjami – choroba bardzo pomaga w unikaniu podjęcia decyzji. Chcesz się wyprowadzić z domu – tak bardzo pragniesz być samodzielny… ale gdzieś pod skórą wątpisz, czy dasz radę – czy ja umiem się sam sobą zająć, a nie… jednak wole jak ktoś zajmuje się mną. Decyzja o rozstaniu – wtedy, gdy wiesz, że ktoś myśli o odejściu, nagle pojawia się choroba. Chorego przecież się nie zostawi, a on nie odejdzie. Ty jesteś zaopiekowany w tej chorobie, a osoba opiekująca się tobą staje się bohaterem, mimo że wcześniej dla teściów nie była najlepszą partią (narracja się zmienia, kiedy poświęca się dla chorego – dobry zięć/ dobra synowa).
5. Czas na przemyślenia – paradoksalnie chcemy odpocząć, a nie mamy na to czasu, przynajmniej wydaje nam się, że go nie mamy. Gonimy gdzieś, całe życie odbywa się w biegu. Choroba daje nam czas na wyspanie się i przemyślenie spraw.
6. Unikanie kontaktów towarzyskich – zaczynając od rodzinnych przyjęć, kończąc na niechęci do ludzi w pracy. Myślimy: „Nie chcę tam być, nie chcę ich widzieć” – zaczynamy od przeziębienia i migren, a kończymy na alergii na farbę, którą pomalowane jest nasze biuro, czy nietolerancji na zapach mebli, albo chronicznym zmęczeniu.
7. Poczucie winy – jako naród katolicki karzemy się nagminnie. Sama wiem, ile czasu zajmuje wychodzenie z poczucia winy – przez pryzmat nauk kościoła wszyscy żyjemy w jakimś grzechu. Jeśli się nie „wyspowiadamy”, to nas bóg pokara. Nie jesteśmy świadomi, że automatycznie karzemy się sami. Gdy na przykład oceniłam kogoś, bach, oparzyłam sobie kciuka. Nie łączymy myśli z tym, co się potem dzieje. A gdy nie poszłam na spotkanie rodzinne (nie chciało mi się słuchać tych nudnych rozmów)– a to były urodziny prababci – bach, potknęłam się i mam spuchniętą kostkę.
8. Cierpienie jako wartość – mamy wpojone, że cierpienie i umartwianie się stawia nas ponad innymi. Nigdy nie zapomnę lekcji polskiego, na której omawialiśmy św. Franciszka, który zmarł pod schodami, a wcześniej wyrzekł się swoich dóbr doczesnych i był podawany jako przykład – no i ciągle się o nim uczy w szkole
. Rodzice mają tendencję powtarzać dzieciom: „Ja dla ciebie tyle poświęciłam…” (czytaj: „Jestem ta lepsza od innych”, a ty masz mieć do końca życia poczucie winy, bo zatrzymałeś mi życie – sorry rodzic, to była twoja decyzja, bardziej lub mniej świadoma).
9. Poczucie wyjątkowości – „Mam to coś, czego nie mają inni”. Ja z moim ADHD to jestem taka wrażliwa. Wszyscy wielcy muzycy mieli ADHD…. Albo – Powiem ci, że lekarz mi powiedział, że takiej historii chorobowej to jeszcze nie słyszał.(ach ta wyjątkowość – nawet tutaj)
To są przykłady z praktyki i mojej własnej historii, i wiem, że można z tego wyjść. Naszym naturalnym stanem jest obfitość i radość. Tacy się rodzimy – idealni, z boskością w sobie. Z czasem nasze „oprogramowanie” się zmienia, pod wpływem rodziców, kolegów, nauczycieli, przyjaciół, pracodawców, społeczeństwa, kościoła.
Chorowanie, na cokolwiek, jest wyzwaniem – zawsze dla osoby chorej i dla tych, którzy są na zewnątrz. Jednak spojrzenie na nie z innej perspektywy pozwala nam trochę odpuścić wkurwianie się na symptomy, na swoją bezsilność, na to, że medycy nie widzą tego, co chcielibyśmy, żeby widzieli. Nikt nie jest uzdrowicielem ze złej intencji i nie robi nam na złość.
Gdy chorujemy, szczególnie przewlekle, zaczynamy też spoglądać na wszystko z innej perspektywy, dostrzegając, że pewne rzeczy robimy sami sobie. Zaczynamy pracować nad sobą, zmieniając postrzeganie siebie i świata. Zauważamy, że to, co przechodzimy i o czym myślimy, zaczyna odbijać się na zewnątrz, ze ma to inny, głębszy sens. Każdy dzień postrzegamy jako dar. Wycieczka autobusem staje się ekscytująca, a każde drzewo za oknem jest cudem natury. Zmiana zaczyna być ekscytująca, a nie przerażająca. Wracamy do siebie.
Popatrz na siebie z miłością
K.Lewandowska
Tekst własny.
===============================
Prezentowany materiał nie stanowi porady medycznej. Ma charakter informacyjny i nie może być traktowany jako specjalistyczna porada, diagnoza lub zalecenie dotyczące leczenia. Nie zastępuje specjalistycznych badań lekarskich ani profesjonalnej konsultacji lekarskiej.
===============================
Zapraszam na sesje, gdzie pomagam odkryć niesprzyjające schematy myślowe i je przeformułować oraz uwolnić emocje z nimi związane.
Umów się na 30-to minutowa bezpłatną rozmowę. Opowiem jak pracuję i jak mogę Ci pomóc:
ctdbykasia@gmail.com
Podoba Ci się ten tekst –

